1/20 NIE WIEDŹMIN 3 Tak…

1/20

NIE WIEDŹMIN 3

Tak serio to SHELLSHOCK NAM ’67

O wiedźminie kiedyś też będzie.
Pewnie duża część z was o wspomnianej w tytule grze (NIE WIEDŹMINIE) nie słyszała, więc tak w skrócie. Shellshock Nam’ 67 to gra wydana w roku 2004, osadzona w realiach wojny w Wietnamie, dosyć przeciętny trzecioosobowy shooter wyróżniający się naprawdę dużą brutalnością. Z tego co pamiętam oceny na poziomach 60%, 5/10, no generalnie przeciętnak. Nie zraziło mnie to kompletnie, co więcej, ta gra bardzo rozbudziła u mnie zainteresowanie konfliktem wietnamskim (tym drugim, amerykańskim). Myślę, że warto wspomnieć o fakcie, iż pierwszy kontakt z Shellshock’iem miałem mając jakieś 9 lat. Kilka zdań wyżej napisałem, że gra wyróżniała się dużą brutalnością. Połączcie kropki.

Nazywam się Wacław Stonka, piszę do was z zakładu karnego w Poznaniu, dostałem wyrok 25 lat za zabicie 13 osób pod wpływem tej brutalnej gry. Zastanawiacie się pewnie jak to piszę skoro w pace raczej nie możesz mieć telefonu. Otóż nie wiem, bo nie nazywam się Wacław Stonka i nie siedzę w zakładzie karnym. Ale faktem pozostaje wspomniana brutalność. Prawdę mówiąc jest to jedyna rzecz wyróżniającą wspominaną grę w zalewie innych przeciętnych shooterów z tamtych lat. No dosyć klasyczna sprawa, urywane kończyny, egzekucje, mordowanie cywili, głowy żołnierzy nabite na pale i inne przyjemne rzeczy. Szczególnie mocno zapamiętałem dwie rzeczy. Jedna to ta, że gdy granat wybuchnie w pobliżu (lub pod nogami) wroga, ten rozpadał się na kilkanaście kawałków spalonego mięsa. Inną rzeczą było gnicie ciał. Gdy zabiliśmy wroga, po minucie – dwóch obserwacji lub przejścia do innej części lokacji, gra podmieniała jego model na model nieco nadgnitego ciała. Z tego co pamiętam, to model był tylko jeden, więc ciała partyzantów uparcie pozostawały „świeże”, za to modele żołnierzy nva zostały podmieniane. Nie ważne, że żołnierz którego zabiliśmy miał ten charakterystyczny szeroki kapelusz, wiecie ten taki typowo azjatycki no. Zwłoki w trakcie rozkładu zawsze miały standardowy model w szarym mundurze i takiej bardziej zwykłej wojskowej czapce. Nie ważne jak wyglądał przeciwnik (modeli było zaledwie kilka), zwłoki w trakcie rozkładu zawsze wyglądały tak samo.

Może ciekawi was jak wygląda sama rozgrywka. No to generalnie tak normalnie. To był rok 2004 więc systemu osłon nie było. Po prostu biegaliśmy i strzelaliśmy do przeciwników. Naturalnie mogliśmy podnieść broń zostawioną przez martwego wroga, mogliśmy sobie kucnąć, mieliśmy dziwacznie wyglądający sprint i mieliśmy możliwość przybliżenia widoku podczas strzelania. Widok wędrował nad prawe ramię wybranego bohatera (tak, mogliśmy wybrać, o tym za chwilę) ujawniając paskudne animację broni. Najbardziej pamiętam Colta M1911A1 którego bohater trzymał nie za chwyt pistoletowy a tylną część zamka strzelając chyba małym palcem. Wyglądało to kuriozalnie ale mając 9 lat myślałem, że to może jakaś inna technika trzymania broni. Podsumowując pod względem mechanik to bardzo zwyczajny shooter.

Mapy? Bardzo korytarzowe, chociaż pamiętam, że dżungla i wioska z misji drugiej zrobiła na mnie wrażenie. Nie żeby grafika była jakaś piękna, o co to to nie. Może po prostu wcześniej nie widziałem żadnej dżungli i wioski w grze, nie wiem, miałem 9 lat, dajcie mi spokój.
Mieliśmy więc wspominą dzunglę, wioskę, miasta i dwa „zamki”? No zamki, fortece bardziej, jedna zniszczona, wypełniona groteskowo okaleczonymi ciałami amerykańskich żołnierzy i masą wrogich żołnierzy, druga, na końcu mapy osadzonej w „Hue” była miejscem walki z bosem. Być może macie teraz taką myśl w głowach swoich, jak kurwa bosem skoro to gra o wojnie w Wietnamie? Ano bosem był „Diem” uzbrojony w M60 z zapasem 1000 amunicji przechowywanej w plecaku. Nazywało się to „Death Machine” i wydaje mi się, że takie prototypy faktyczne istniały. Po prostu karabin korzystał z bardzo długiej taśmy amunicyjnej przechowywanej w (chyba) metalowym pojemniku noszonym na plecach, takim trochę plecaku właśnie. Ale pewnie bardziej zastanawia was kim był wspominany „Diem” . Możliwości są trzy.

Możliwość A: Ngo Dinh Diem, dyktatorski prezydent Wietnamu południowego zabity w 1963 roku, opcja dosyć prawdopodobna, model postaci był nieco do niego podobny, głównie z twarzy. No może pomijając fakt, iż Diem był człowiekiem raczej niskim i szczupłym, a model był dopakowany jak jakiś kurwa seba sterydziasz. Drugą lekka nieścisłością jest fakt, że gra ma miejsce w roku 1968, czyli 5 lat po śmierci Diema

Możliwość 2: Ngo Dinh Nhu lub Ngo Dinh Thuc, bracia wyżej wspominanego, jeden był generałem a drugi kardynałem. Nhu zginął razem z Diemem w 1963, Thuc nawet nie był w Wietnamie podczas wojny.

Możliwość C, 3 albo jakaś inna: Kompletnie fikcyjna postać albo twórcy po prostu mieli w dupie zgodność historyczną.

Ktokolwiek by to był, po wpakowaniu w niego wiadra amunicji, w przerywniku końcowym ucinamy mu łeb i rzucamy na biurko naszemu przełożonemu.

Generalnie cutsceny są nienajgorsze, naturalnie bardzo brutalne i cholernie mocno zaszumione. Taki efekt bajerancki. Płynnie przejdźmy więc do grafiki.

Grafika jest. Przejdźmy dalej.
Nie no ciężko jest cokolwiek powiedzieć. Słaba, po prostu niczym się nie wyróżnia. Rok 2004 to rok w którym wyszedł Doom 3 i Half-Life 2 (albo 2005, niech ktoś mnie poprawi jakby co). Gry potrafiły wyglądać ładnie. Shellshock nie. Charakterystyczną sprawą był mocny szum na ekranie. Jak wyżej wspomniałem, bajerancki efekt mający za zadanie ukryć paskudność gry, bardzo przypominało to rozwiązania stosowane w grach na PS2. W sumie gra wyszła też na PS2, jednak efekt szumu tak samo mocny był zarówno na PC jak i PS2. Wersja na komputery powinna wyglądać lepiej, ale nie wyglądała. Ani trochę. Modele postaci były znośne, gore wyglądało cakiem okej.
Apropo postaci.

Mieliśmy do wyboru trzech wojaków. Ziomek, ziomek z wąsem i czarnoskóry ziomek. Tyle. Jedyne różnice (po za wyglądem postaci) to wygląd wskaźnika zdrowia który swoją drogą był bardzo dziwny. Nawet ciężko mi to opisać, coś na kształt odznaki/odznaczenia/stopnia wojskowego. Naprawdę ciężko mi to opisać.

Udziekowienie? Naturalnie wszyscy mówią po angielsku. Wietnamczycy, amerykanie, no wszyscy. Bardzo łamaną angielszczyzną, muszę przyznać, że bardzo „azjatycką” angielszczyzną, no ale jednak. O reszcie dźwięków nawet nie warto wspominać, może po za bardzo głośnymi dźwiękami pocisków uderzających w blachę/stal. Ktoś się pewnie zapomniał przy miksowaniu.

Dobra, chyba czas powoli kończyć. Wspomnę jeszcze o dwóch rzeczach. Pierwsza to menu gry. Fajne. Po prostu, sympatyczny design, szarość, plany krwi i kształty palm w których lecą sobie archiwalne filmy z wojny wietnamskiej. Wiem, opisałem go okropnie, ale na yt pewnie są jakieś filmy pokazujące gameplay/menu gry, jeżeli ktoś aż tak chce to zobaczyć, to można zerknąć. Druga rzeczą jest muzyka w menu, a jest to utwór zespołu Juicy Lucy o tytule „Who Do You Love”. Co wam będę pisał, również ogarnijcie na yt, świetny kawałek. Mam wrażenie, że muzyki tamtych lat jest więcej, wydaje mi się, że w amerykańskiej bazie (taki hub pomiędzy misjami, możemy sobie pochodzić, kupić jakieś ulepszenia, nawet mamy opcje r00chańska z wietnamskimi kobietami do towarzystwa) usłyszeć można „Purple Haze” Hendrixa, ale ręki uciąć sobie dać nie dam, bo dosyć dawno w to grałem. A co do „dawno grałem” płynnie przejdźmy do…

Odświeżyłem sobie ten tytuł jakoś dwa lata temu. Za młodu grę miałem na płytce z cdaction chyba, oczywiście płytkę zgubiłem. I właśnie jakoś wspomniane dwa lata temu miałem atak nostalgii, przypomniałem sobie o ukochanym shellshocku z dzieciństwa. Już miałem pchać się w torrenty gdy poratował mnie kumpel, oddając mi moją własną płytkę. Cwaniak kurwa, siedział dupa cicho póki się nie upomniałem po kilku latach. No mniejsza. Zainstalowałem, przywitało mnie miłe menu, fajna muzyka i… „Ło kurwa, naprawdę tak to wyglądało? Jakiś słabo”.
Generalne klasyczny syndrom „gry z dzieciństwa”. Nie dałem rady ukończyć gry, naprawdę mocno przeciętna, dosyć nużąca. Kiedyś się zepnę i ukończę, ale chyba trochę za bardzo rozpieściły mnie obecne gry.
Pomijając fakt, że jako młody człowiek w ten tytuł nie powinienem w ogóle grać, to chyba najbardziej przyciągająca była ta brutalność i realia. To był mój pierwszy kontakt z wojną w Wietnamie i tak bardzo brutalną grą. Tzn. Grałem wcześniej w GTA:Vice City, no ale tam to conajwyżej w prosty sposób mogłeś łeb komuś ujebać. Shellshock naprawdę mocno epatował groteskową brutalnością, pamiętam, że byłem wstrząśnięty tym co tam widzę, gameplay jakoś schodził na dalszy plan. Mimo wszystko, gra była „jakaś”. Na drugą część szkoda w ogóle strzępić ryja. Zrobił się z tego pierwszoosobowy bardzo kiepski horror-shooter z Wietnamczykami zombie. W pierwszej części elementami horroru była ta brutalność, groteskowa jednak w jakiś sposób realistyczna. W dwójce pojechano kompletnie w inną stronę, gra skończyła z ocenami na poziomie 2/10, nawet w to truchło nie grałem.
Więc generalnie ’67 można bez jakiego ogromne go bólu spróbować, tym bardziej, że tytułów o wojnie w Wietnamie nie ma zbyt dużo („Vietcong”, ach, kocham Cię do dziś), ale wiecie. Nie oczekujcie wyjątkowo przyjemnego doświadczenia.

Tak w ogóle to trochę przepraszam za ten chaos w tekście, następnym razem spróbuję jakoś bardziej to uporządkować.

pokaż spoiler Z tym seksem to nie żartowałem, ale cała scena to nasz bohater wchodzący z wybranką do domku, ujęcie na okno, okropne jęki i koniec seksu. Ale jak w życiu, to kosztuje pieniążki, więc nie wiem czy warto na to je wydawać ( ͡º ͜ʖ͡º)

#20gierwykopka #gry #konsole #komputery #heheszki